Mam ochotę na coś słodkiego. Pomyślałam - upiekę ciasto... Ale ukrop taki z nieba się leje, że odpalanie piekarnika w ogóle nie wchodzi w rachubę. Została lodówka. A z lodówki wyszły czary :)
Potrzebujemy:
ok. 200g owsianych herbatników kakaowych (ja wybrałam Sante)
1 budyń waniliowy lub śmietankowy
borówki
maliny
galaretka z owoców leśnych
4 łyżki masła (nie margaryny)
Ciasteczka rozdrabniamy w malakserze i dodajemy masło. Miksujemy jeszcze przez chwilę, aż powstanie krucha, ale dość lepka masa. Wykładamy nią formę do tarty z wyjmowanym dnem. Wstawiamy do lodówki na około pół godziny, żeby baza naszego ciasta porządnie się ścięła .
Przygotowujemy budyń i odstawiamy go na kilka chwil, żeby ostygł. Co jakiś czas mieszamy, żeby nie zrobiły się grudki.
Schłodzony budyń wykładamy równo na bazę z ciasteczek. Na nim układamy umyte i osuszone owoce - ja wybrałam maliny i borówki. Wszystko wstawiamy na kilka chwil do lodówki, żeby budyń porządnie się ściął.
W międzyczasie przygotowujemy galaretkę. Ponieważ jest bardzo ciepło, zdecydowałam się na użycie mniejszej ilości wody. Przestudzoną galaretkę przelewam łyżką na budyń i owoce, które nie muszą być pokryte w całości. Wstawiamy do lodówki i zostawiamy do momentu stężenia galaretki.
Obserwowałam, podglądałam, próbowałam, w końcu się skusiłam na samodzielne przygotowanie.
A przekonała mnie do tego autorka bloga Bizneswoman w kuchni, której ciasto wyglądało pięknie, smakowicie i faktycznie okazało się proste w przygotowaniu, aczkolwiek nieco pracochłonne. Zważając na moje całotygodniowe obowiązki i zajęcia, jest to ciasto do przygotowania jedynie w weekendy :) A że obecny weekend to weekend bądź co bądź świąteczny - postanowiłam odejść od "tradycji" rogali świętomarcińskich (które w moim regionie tradycją nie są w ogóle) i postawiłam na słodycz w trzech odsłonach, choć nieco odbiegłam od przepisu podstawowego.
Jest to ciasto, które przygotujemy bez pieczenia, zatem jest idealne dla osób, które nie posiadają piekarników. Do wykonania ciasta wykorzystałam:
MASA KAJMAKOWA:
1 puszka mleka skondensowanego o smaku kakaowym (mleko musi być słodzone)
1 opakowanie margaryny (najlepiej w temperaturze pokojowej)
MASA ŚMIETANOWA:
750ml śmietany 30%
2 łyżeczki cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
żelatynę (1 łyżeczkę rozpuściłam w 1/3 gorącej wody i po lekkim ostudzeniu dolałam do śmietany)
Dodatkowo użyłam:
6 opakowań herbatników typu 'petitki)
1/3 tabliczki gorzkiej czekolady
1/3 tabliczki mlecznej czekolady
Rozpoczęłam od przygotowania masy budyniowej. Zagotowałam na wolnym ogniu 250ml mleka. Do kolejnych 250ml dodałam cukier oraz obie mąki, wymieszałam dokładnie i miksturę dodałam do zagotowanego mleka. Całość gotowałam jeszcze przez chwilę cały czas mieszając. Masa w końcu zgęstniała. Odstawiłam ją na bok do przestygnięcia.
W tym czasie na blaszce o wymiarach 21x25 (wielkość okazała się idealna) wyłożonej na dnie papierem pergaminowym, ułożyłam warstwę herbatników. Następnie pokryłam je warstwą masy kajmakowej. Uzyskałam ją przez gotowania około 4 godzin zamkniętej puszki mleka skondensowanego. Na tym etapie można pójść na łatwiznę i kupić gotową masę 'Krówkę'.
Kajmak przykrywamy kolejną warstwą herbatników.
Margarynę rozbijamy mikserem i dodajemy do niej stopniowo przestudzoną masę z mleka, cukru i mąki. Miksujemy dość długo, aż do momentu uzyskania zwartej i gładkiej masy. Nakładamy ją na herbatniki w formie. Wyrównujemy i znów przykrywamy warstwą ciasteczek.
Śmietanę z dodatkiem cukru, cukru waniliowego oraz porcji żelatyny ubijamy do uzyskania sztywności. Gotową nakładamy do formy jako ostatnią warstwę ciasta. Rozprowadzamy ją równomiernie. Całość posypujemy obficie startą na drobno mieszanką czekolady gorzkiej i mlecznej. Blaszkę owijamy folią spożywczą i całość wstawiamy na noc do lodówki.
Pierwsze dni lutego to zdecydowanie czas mojej Mamy - urodziny, imieniny, a w tym wszystkim słodkości, które wybiera sobie co roku. Tym razem zażyczyła sobie tiramisu, ale ponieważ uznałam, że to zbyt oklepane - i Tata zamówił sobie je wcześniej na marcowe urodziny i imieniny - postanowiłam Mamę zaskoczyć, pysznym zielonym deserem według Nigelli. Jak każde pierwsze podejście, bywa nerwowe, więc upuściłam dwa talerze i popsułam sobie malakser... eh, czego się nie robi, żeby wywołać na twarzy Mamy szeroki uśmiech! :)
Do wykonania tarty pasikonika wykorzystałam:
SPÓD:
1 duże opakowanie markiz HIT (kakaowych z waniliowych nadzieniem)
6 ciasteczek Digestive z czekoladą (2 do dekoracji)
50g gorzkiej czekolady
50g dobrego masła bez oleju
NADZIENIE:
150g pianek marshmallow (nie dostałam czystych białych, więc były z delikatnym posmakiem truskawek)
Markizy i 4 ciasteczka Digestive rozdrabniamy w malakserze na drobne okruchy. Dodajemy pokrojone w kostkę masło w temperaturze pokojowej oraz drobno posiekaną gorzką czekoladę. Wyrabiamy palcami, aż składniki połączą się i powstanie nam w miarę zwarta i plastyczna masa. Wykładamy nią foremkę do tarty o średnicy 24cm (najlepiej taka z ruchomym dnem) i wstawiamy bazę ciasta do lodówki na przynajmniej 30 minut.
Mleko podgrzewamy w rondelku, nie doprowadzamy do zagotowania. Wrzucamy do niego pianki i często mieszając czekamy, aż pianki zaczną się rozpuszczać. Kiedy mleko podgrzeje się zdejmujemy garnek z ognia i mieszamy, aż wszystkie pianki całkowicie się rozpuszczą. Dodajemy ekstrakt miętowy oraz barwnik (taką ilość, by masa nie była zbyt zielona). Mieszamy delikatnie i odstawiamy do wystygnięcia.
Schłodzoną śmietanę ubijamy na niezbyt sztywno. Dodajemy schłodzoną masę piankową i delikatnie mieszamy szpatułką. Przekładamy masę na schłodzony spód ciasta i dekorujemy wierzch pokruszonymi ciasteczkami Digestive i ponownie wstawiamy deser do lodówki.
Najlepiej przygotować go dzień wcześniej, ale wystarczy mu około 3-4 godzin w lodówce.
Deser jest pyszny, delikatnie miętowy i przywodzi na myśl wspomnienia dzieciństwa, przynajmniej mnie. Rozpływa się w ustach i choć jest dość słodki, po chwili odpoczynku na pewno sięgniecie po dokładkę.